14.12.2013, 05:04
Piątek 13go, jeśli nie tego dnia – to kiedy miało wydarzyć się coś złego ?
Motocykle zapakowane, silnik Transalpa pracuje już od jakiejś minuty i tylko poustawiane tu i ówdzie kamery zwiastują, że nie jest to właściwy odjazd a tylko próba złapania ciekawych ujęć do filmu z naszej wycieczki. Co tu dużo pisać, Tomasz przeszedł sam siebie i zapewnił nam ujęcia jakich nie zobaczycie w większości filmów
Zdjęć z akcji niestety nie ma więc musicie uzbroić się w cierpliwość i najzwyczajniej w świecie poczekać. Efekt „popisów”:




Plastiki to nie wszystko, między kolektorami znajdujemy banknot. Piach sypie się z każdego miejsca a na domiar złego kolegę boli jeszcze bark - obawiamy się by nie odnowiła mu się kontuzja z przed kilku lat . A banknot... to zapewne jeden z wielu jakie wypadły dla Tomasza z kieszeni na bramce autostradowej wczorajszego dnia. Większość pozbierał, jak widać nie wszystkie.

Zabawa w filmowanie kosztowała nas ponad godzinę poślizgu, przynajmniej na razie, a Tomasza, w przyszłości, kilka setek na nowe plastiki, tudzież naprawę starych.
Ruszamy. 30m dalej stajemy. Okazuje się, że kierownica jest na tyle krzywa, że dalej nie ma co ryzykować. Bathory obstaje przy serwisie motocyklowym, ja przy wiejskim kowalu. Inne ceny, a i przygoda zacna. Kowala co prawda nie znaleźliśmy ale przydrożny AgroSerwis zrobił co trzeba. Właściciel i pracownik to motocykliści – fart nie z tej ziemi. Naprawiają co trzeba a ja dostaję lutownicę i mam możliwość naprawienia gniazda zapalniczki. Ciężko tak bez cyny polutować kabelki ale jak się poszuka to w ogromnym garażu znajdzie się kawałeczek.
Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie i można ruszać.
Ładny początek wyjazdu – myślę sobie i odkręcam manetkę. Trzeba w końcu zacząć nadrabiać stracony czas.







A tak całą przygodę opisywał będzie kilka dni później poszkodowany:
Rano Ernest wpadł na genialny pomysł aby zrobić krótkie ujęcie z zawracania na piachu. A Tomasz niestety to podłapał. I o ile samo zawrócenie wyszło wzorowo o tyle potem poniosło byczka deczko i przydzwonił w ten piach a dosiadający wyleciał do przodu. Pęknięta boczna owiewka i dziwnie przekrzywiona kierownica, a no i stłuczony bark drivera, to tyle jeśli chodzi o konsekwencje tej zabawy. No ale ujęcie chyba dobre wyszło. Przy okazji znalazło się 50 euro, które wesoło przypiekało się na kolektorze.
Granicę przeskakujemy bardzo sprawnie... zapominamy tylko wymienić kasę. No trudno, będziemy płacili kartą. Mijamy jeszcze wyjąca bramkę na autostradzie i już mkniemy ku stolicy. Cały odcinek pokonujemy bez postojów, nie licząc dolewki kilku przemyconych litrów taniego paliwa z Bułgarii. Jest gorąco, bardzo gorąco. W końcu!
Na obrzeżach tego miasta – molochu zjeżdżamy na jakiś parking gdzie raczymy się przysmakami jakie targamy z kraju. Robimy małe przepakowanie, ustalamy co dalej i ruszamy na wschód.

Przed kolejna bramka decydujemy się wykupić jednak magiczne naklejki na szyby naszych motocykli (około 15 euro). Niby da się przejechać Turcję bez nich (sprawdzone, policja nie reagowała) ale wolimy nie kusić losu, w końcu jest piątek 13go. Stambuł jak to Stambuł – gigantyczny korek w którym gubimy się kilka razy. Jakoś jazda w parze nam nie idzie i szła nie będzie do samego końca. Tym razem odnajdujemy się w miarę szybko bo już po około 10 minutach.
Za miastem robi się chłodno więc ubieramy co nieco na siebie na stacji benzynowej. Kolejka gigant ale jak może jej nie być skoro za paliwo płacimy w jednej kolejce a za zakupioną wodę w drugiej. Za moją wodę płaci jakiś uprzejmy jegomość stojący w kolejce za mną. Nie wiem czy to uprzejmość, miły gest czy efekt pośpiechu bo za litrową buteleczkę byłbym zmuszony zapłacić karta... gotówki w końcu nadal nie mieliśmy – miło
Gdzieś około 23:00 poddajemy się, opuszczają nas siły, dopada autostradowa nuda. „Usypiamy” za sterami. Nie ma co ryzykować więc na parkingu, na miękkiej trawce, pod latarnią rozbijamy namiot i wskakujemy do środka na 5-6h snu.
Jednak 13ty, do tego w piątek jeszcze się nie skończył...
Mapka oczywiście nie pełna bo Garmin odmawiał posłuszeństwa. Ot, po prostu się wyłączał i nie chciał pracować dłużej niż 2-3minuty. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy w kolejnych dniach po czym jak gdyby nigdy nic nawigacja zaczęła pracować tak jak powinna...
Przejechane: 570km.

Motocykle zapakowane, silnik Transalpa pracuje już od jakiejś minuty i tylko poustawiane tu i ówdzie kamery zwiastują, że nie jest to właściwy odjazd a tylko próba złapania ciekawych ujęć do filmu z naszej wycieczki. Co tu dużo pisać, Tomasz przeszedł sam siebie i zapewnił nam ujęcia jakich nie zobaczycie w większości filmów
Zdjęć z akcji niestety nie ma więc musicie uzbroić się w cierpliwość i najzwyczajniej w świecie poczekać. Efekt „popisów”:



Plastiki to nie wszystko, między kolektorami znajdujemy banknot. Piach sypie się z każdego miejsca a na domiar złego kolegę boli jeszcze bark - obawiamy się by nie odnowiła mu się kontuzja z przed kilku lat . A banknot... to zapewne jeden z wielu jakie wypadły dla Tomasza z kieszeni na bramce autostradowej wczorajszego dnia. Większość pozbierał, jak widać nie wszystkie.

Zabawa w filmowanie kosztowała nas ponad godzinę poślizgu, przynajmniej na razie, a Tomasza, w przyszłości, kilka setek na nowe plastiki, tudzież naprawę starych.
Ruszamy. 30m dalej stajemy. Okazuje się, że kierownica jest na tyle krzywa, że dalej nie ma co ryzykować. Bathory obstaje przy serwisie motocyklowym, ja przy wiejskim kowalu. Inne ceny, a i przygoda zacna. Kowala co prawda nie znaleźliśmy ale przydrożny AgroSerwis zrobił co trzeba. Właściciel i pracownik to motocykliści – fart nie z tej ziemi. Naprawiają co trzeba a ja dostaję lutownicę i mam możliwość naprawienia gniazda zapalniczki. Ciężko tak bez cyny polutować kabelki ale jak się poszuka to w ogromnym garażu znajdzie się kawałeczek.
Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie i można ruszać.
Ładny początek wyjazdu – myślę sobie i odkręcam manetkę. Trzeba w końcu zacząć nadrabiać stracony czas.







A tak całą przygodę opisywał będzie kilka dni później poszkodowany:
Rano Ernest wpadł na genialny pomysł aby zrobić krótkie ujęcie z zawracania na piachu. A Tomasz niestety to podłapał. I o ile samo zawrócenie wyszło wzorowo o tyle potem poniosło byczka deczko i przydzwonił w ten piach a dosiadający wyleciał do przodu. Pęknięta boczna owiewka i dziwnie przekrzywiona kierownica, a no i stłuczony bark drivera, to tyle jeśli chodzi o konsekwencje tej zabawy. No ale ujęcie chyba dobre wyszło. Przy okazji znalazło się 50 euro, które wesoło przypiekało się na kolektorze.
Granicę przeskakujemy bardzo sprawnie... zapominamy tylko wymienić kasę. No trudno, będziemy płacili kartą. Mijamy jeszcze wyjąca bramkę na autostradzie i już mkniemy ku stolicy. Cały odcinek pokonujemy bez postojów, nie licząc dolewki kilku przemyconych litrów taniego paliwa z Bułgarii. Jest gorąco, bardzo gorąco. W końcu!
Na obrzeżach tego miasta – molochu zjeżdżamy na jakiś parking gdzie raczymy się przysmakami jakie targamy z kraju. Robimy małe przepakowanie, ustalamy co dalej i ruszamy na wschód.

Przed kolejna bramka decydujemy się wykupić jednak magiczne naklejki na szyby naszych motocykli (około 15 euro). Niby da się przejechać Turcję bez nich (sprawdzone, policja nie reagowała) ale wolimy nie kusić losu, w końcu jest piątek 13go. Stambuł jak to Stambuł – gigantyczny korek w którym gubimy się kilka razy. Jakoś jazda w parze nam nie idzie i szła nie będzie do samego końca. Tym razem odnajdujemy się w miarę szybko bo już po około 10 minutach.
Za miastem robi się chłodno więc ubieramy co nieco na siebie na stacji benzynowej. Kolejka gigant ale jak może jej nie być skoro za paliwo płacimy w jednej kolejce a za zakupioną wodę w drugiej. Za moją wodę płaci jakiś uprzejmy jegomość stojący w kolejce za mną. Nie wiem czy to uprzejmość, miły gest czy efekt pośpiechu bo za litrową buteleczkę byłbym zmuszony zapłacić karta... gotówki w końcu nadal nie mieliśmy – miło
Gdzieś około 23:00 poddajemy się, opuszczają nas siły, dopada autostradowa nuda. „Usypiamy” za sterami. Nie ma co ryzykować więc na parkingu, na miękkiej trawce, pod latarnią rozbijamy namiot i wskakujemy do środka na 5-6h snu.
Jednak 13ty, do tego w piątek jeszcze się nie skończył...
Mapka oczywiście nie pełna bo Garmin odmawiał posłuszeństwa. Ot, po prostu się wyłączał i nie chciał pracować dłużej niż 2-3minuty. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy w kolejnych dniach po czym jak gdyby nigdy nic nawigacja zaczęła pracować tak jak powinna...
Przejechane: 570km.

Nic więcej nie udaje się odnaleźć. Wkurzenie na maksa. Bezsilność. Już sam nie wiem co robić. Zwijać się i jechać dalej, po godzinie snu – bez sensu, spać ...trochę strach. 
































































































































































































































































